Konsument kultury

Od lat trwa przepychanka między dostawcami dóbr kultury a odbiorcami, którzy akceptują coś, co nazywamy potocznie piractwem. Cała uwaga wydawców i towarzyszących im mediów koncentruje się na zwyczajnych ludziach, którzy przy pomocy internetu i swobodnej wymiany plików grają na nosie dużym firmom. Filmy DVD wprowadzane na polski rynek to w ogromnej liczbie przypadków okrojone wersje zagranicznych wydań. Oddzielną kwestią jest jakość napisów. W filmach wydanych na DVD zdarzają się braki w tłumaczeniach niektórych kwestii, same napisy są zbudowane na dużym poziomie ogólności i nie dorastają do pięt "pirackim" tłumaczeniom w postaci plików .txt. Nawet jeśli uda się odnaleźć wydanie filmu z ciekawymi dodatkami, w dużej liczbie przypadków brakuje polskich napisów do rozszerzonego materiału. Tak jest na przykład z reżyserską wersją "Władcy Pierścieni", gdzie niemalże połowa dodatków nie ma polskiego tłumaczenia. Techniczna strona wydań DVD z filmami także kuleje. Filmy wchodzące do dystrybucji kinowej to także ciężka przeprawa dla odbiorcy. Przed filmami trzeba oglądać dwadzieścia minut reklam, a seans spędza się w gronie osób siorbiących colę i chrupiących popcorn, ponieważ ze sprzedaży artykułów spożywczych kino ma w dużej liczbie przypadków więcej dochodu niż z biletów. Sezonowo przed seansami puszczane są reklamy antypirackie, co jest kuriozalne, ponieważ ludziom, którzy przyszli legalnie obejrzeć film, tłumaczy się, że nie wolno ich oglądać w wersji pirackiej. Polskie kina opanowała moda na seanse 3D.